Istota II (twórczość sci-fi)

Opowiadanie science fiction „Istota” – przeczytaj pierwszą część.

Opowiadanie science fiction „Istota” – przeczytaj trzecią część.


Doktor Jones

Po niespełna dwudziestu minutach doktor Jones udał się z powrotem do pomieszczenia, w którym siedział Reynolds. Wydaje się, że zapomniał okularów.

– Cholera, pewnie zostawiłem je u pacjenta. Mam nadzieję, że ich nie zniszczył. Reynolds jest wyjątkowo niestabilny, ale dobrze to ukrywa.

Po wejściu do pomieszczenia doktor Jones stanął jak wryty i trwało to przez dłuższą chwilę. Człowiek ten najwyraźniej nigdy nie miał sposobności zobaczyć czegoś tak nienaturalnego. Ciało Reynoldsa znajdowało się na wysokości jednego metra nad podłogą. W różnych kierunkach wyrastały z niego… jakby korzenie drzew. Był cały podziurawiony i mocno krwawił. To wątpliwe, aby przeżył będąc w takim stanie. Całe pomieszczenie było porośnięte korzeniami wyrastającymi z Reynoldsa. Były tak silne, że przeszyły nawet podłogę i ściany. Doprawdy był to niecodzienny widok.

– Co do diaska…

Jones niepewnie postawił parę kroków, tym samym kierując się do wnętrza pomieszczenia. Jako racjonalista i człowiek uczony nie był skłonny uwierzyć, że to co widzi mogłoby się naprawdę wydarzyć. Jego podstawowym, naturalnym tokiem rozumowania, były przypuszczenia odnoszące się do możliwości związanych z faktem, iż to tylko sen. Może doświadcza koszmaru sennego, a może jest przemęczony?

– Aaach! – Jones spoliczkował się po twarzy, żeby wreszcie się ocknąć.

Niestety nic nie uległo zmianie. Ciało Reynoldsa nadal znajdowało się metr nad ziemią i wyrastały z niego korzenie, które następnie wnikały pod podłogę i do wnętrza ścian. Zlany potem doktor obrócił się i czym prędzej wybiegł z pomieszczenia. Biegł przed siebie wzdłuż korytarza, aby jak najszybciej poinformować o tym innych, jednak wszystko trwało przesadnie długo… Doktor w końcu dostał zadyszki i zaczął rozumieć, że coś się nie zgadza.

– To nie… to nie tak. Przecież ten hol nie jest taki długi, to jakaś… to paranoja jakaś – mówił dyszący Jones – Chyba się czymś zaraziłem od Reynoldsa. Może jego choroba psychiczna została spowodowana czynnikiem występującym na tej planecie? To cholernie niebezpieczne, przecież ja… ja chyba oszalałem!

Doktor powoli wsiąkał w swoje nowe, nadprzyrodzone otoczenie. Paranormalne wydarzenia powoli przestawały go zadziwiać. W pewnym momencie po prostu skierował się do drzwi na lewo, które akurat znajdowały się obok niego. Jones wszedł do łazienki i chętnie skorzystał ze zlewu, aby przemyć twarz. Dało mu to chwilę wytchnienia, która trwała wyjątkowo krótko, bo gdy tylko otworzył oczy i spojrzał w lustro, zobaczył w nim obserwującą go kobietę.

– Debby…

Doktor natychmiast ją rozpoznał, lecz wydawał się być zszokowany. Powoli się obrócił i… ona faktycznie tam była. Stała i w milczeniu wpatrywała się w jego oczy, mając przy tym kamienny wyraz twarzy.

– Debby… to przecież niemożliwe, ty nie żyjesz. Pamiętam, byłem przy tobie wtedy przy łóżku, w ostatnich chwilach kiedy choroba mi cię odebrała.

Łzy zaczęły spływać po policzkach Jonesa. Biedak nie mógł uwierzyć w to co widzi. Jego zmarła żona stała tuż przed nim. Po chwili Debby otworzyła usta, a z ich wnętrza wydobyły się sporych rozmiarów pajęcze odnóża. Pająk powoli próbował się wydostać na zewnątrz. Jones jakby oblany wiadrem zimnej wody, znów przypomniał sobie, że to co go otacza prawdopodobnie nie jest prawdziwe. Natychmiast wybiegł z łazienki i ku swojemu zdziwieniu, na korytarzu wpadł po kolana do krwi. To nie miało żadnego sensu… Od tej pory Jones brodził we krwi i jak mu się wydawało… w czymś jeszcze. Na dnie musiało być coś miękkiego, jednak doktor wolał się nad tym zbytnio nie zastanawiać. Czyste szaleństwo, w którym przyszło mu walczyć o wolność, wydawało się być wystarczającą udręką dla myśli.

Po paru minutach spędzonych w krwawym korytarzu, Jones usłyszał niepokojący dźwięk, jakby szmer… spojrzał za siebie i dostrzegł setki pająków, które zmierzały wprost w jego stronę. Były tak szybkie, że doktor od razu zrozumiał, iż nie zdoła przed nimi uciec. Stał w bezruchu i w swym przerażeniu zaczął jedynie krzyczeć. Pająki natychmiast go obeszły i zaczęły wić kokon, który od tej pory stanowił dodatkową warstwę więzienia dla tego nieszczęśnika. Biedak był przerażony i psychicznie wyczerpany, jedyne o czym zdołał pomyśleć, to jak bardzo chciałby, żeby ten koszmar się w końcu skończył. Później stracił przytomność.

Koszmar dobiegł końca, ale czy na pewno?

Jones obudził się pod gołym niebem. Leżał na polanie czarnej trawy, która w większości porastała tę  planetę. Rosły tu albo czarne łąki, albo czarne lasy, a z dwojga złego…

– Obudziłeś się? To dobrze. Nie jestem lekarzem i nie byłem pewien czy cię nie zabiłem.

– Słucham? – doktor był jeszcze lekko zdezorientowany i jakby otumaniony.

– Wstrzyknąłem ci fentanyl, ale nie byłem pewien czy nie było tego za dużo. Z drugiej strony, i tak wyglądałeś jakbyś miał wyzionąć ducha. Na twoim ciele zaczęły się pojawiać jakieś ślady ugryzień i drobne nacięcia… Jak to działa? Wszystko odbywa się w twojej głowie, ale kiedy doznasz jakichś obrażeń, te w magiczny sposób się materializują. No kurwa, przecież mnie ujebało całe ramię. To tylko sen? Nie, ja naprawdę straciłem rękę!

– Reynolds, to ty? Myślałem, że nie żyjesz. Co ty masz na głowie? A co to za… wydrukowałeś sobie mechaniczne ramię?

– Tak. Miałem czekać aż wszyscy się zesracie i umrzecie? Padaliście jak muchy. W pewnym momencie cała baza została obrośnięta tymi jebanymi korzeniami. Nieważne czy jesteś w lesie czy nie… to gówno przemieszcza się pod ziemią i robi to naprawdę szybko. Wystarczą same korzenie i halucynacje zaczynają działać.

Reynolds podszedł do siedzącego doktora i stojąc tuż nad nim, zaczął energicznie opowiadać.

– Przedostałem się do oddziału medycznego, bo tam nie było jeszcze korzeni. Wydrukowałem sobie mechaniczne ramię, zebrałem trochę zapasów medycznych, a potem… olśniło mnie. Skoro wszystko dzieje się w naszych głowach, to może wystarczą jakieś środki, które wpłyną na działanie mózgu? Nieważne czy cię pobudzą czy otumanią, ważne żeby to coś nie mogło ci dłużej grzebać w głowie. Wydaje się, że wprowadza nas w bardzo specyficzny stan i dopiero potem może się zabrać za generowanie koszmarów. Zgarnąłem do torby co mi wpadło w ręce, a później poszukałem elektrycznych stymulatorów mózgu… no i kurwa znalazłem. Na pewno wiesz o co mi chodzi, bo nie tylko żołnierze z nich korzystają. Pomogą ci się skoncentrować, zasnąć, a jeśli wolisz to mogą cię pobudzić… mają różne programy. Trochę go podrasowałem i boom! Od tej pory nie mogą mnie otumanić! Rozumiesz!? Jestem zbyt pobudzony, skupiony na celu, zdeterminowany. Ta jebana stymulacja prądem naprawdę działa. Wróciłem do bazy, trochę poszukałem i cię znalazłem. Leżałeś na podłodze i sprawiałeś wrażenie jakbyś zaraz miał się udusić. Pomyślałem, że to świetny moment na przetestowanie moich teorii. Wstrzyknąłem ci sowitą dawkę fentanylu, a później przytargałem cię na tę łąkę. Musiałem opuścić bazę, bo zrobiło się tam trochę niebezpiecznie. Najgorsze jest to, że korzenie obrosły niemal wszystko… nie mogłem skorzystać z żadnego środka transportu, bo wszystko było porośnięte tym cholerstwem.

Reynolds, chyba nie powinieneś przesadzać z tą elektryczną stymulacją. Zdejmij to z głowy, albo chociaż wyłącz…

– Zamknij się, nie przerywaj mi. Musimy tam wrócić, poprzecinać korzenie i odlecieć jednym ze statków kosmicznych. Najpierw dobrze to zaplanujmy, bo trzeba się z tym uwinąć możliwie najszybciej. Nie zamierzam tu dłużej zostawać. Ta planeta to jedno wielkie gówno i przekleństwo, a nie druga Ziemia. Co za stek bzdur. Prędzej uwierzę, że to piekło na Ziemi, a jeśli tak bardzo chcecie się upierać przy drugiej Ziemi, to niech wam będzie, że piekło na drugiej Ziemi. Teraz mi wierzysz, profesorku? Jaka jest twoja diagnoza? Nagle już nie jestem wariatem? Wiedziałem, że spośród wszystkich muszę uratować właśnie ciebie, jak inaczej dowiedziałbym się, które leki przyjmować… ha, ha, ha!

Okazało się, że Reynolds mówił prawdę. Niestety, odpowiedź na pytanie czy oszalał wciąż nie wydaje się być oczywista.