Piach, pot i ciepła krew (twórczość sci-fi)

Opowiadanie science fiction „Piach, pot i ciepła krew”.


– Tempus! Tempus! Tempus! – skandowały tłumy.

Tempus klęczał na piachu, podpierał się rękami, oddychał ciężko i spoglądał na plamę krwi, która była efektem rozciętego gardła, należącego do jego oponenta w walce. Nagle zwycięzca wstał z kolan, podniósł swój miecz, skierował spojrzenie ku górze i wykrzyczał do czarnych jak smoła niebios:

– Czy nie dość już krwi przelałem w imieniu bogów?! Czy nie starczy wam prostackiej rozrywki moim kosztem?! Przeklinam was… – gladiator splunął na ziemię.

Tempus otarł ze swojego czoła pot wymieszany z osoczem i brudem. Rozejrzał się wokół siebie, dostrzegając jedynie bezmyślne tłumy idiotów, nieustannie wykrzykujących jego imię. Miał wrażenie, że tkwi w tym miejscu od kiedy istnieje czas, a zarazem czuł… że spędził tu dopiero chwilę. Zamyślił się nad tym bezsensownym uczuciem, tym samym kierując swoje puste spojrzenie znacznie niżej, na piach, który wypełniał całą powierzchnię areny. Wojownik właśnie zdał sobie sprawę z tego, iż doprowadził to przelania oceanu krwi wprost do tych piasków, które jakby nigdy nic, przyjmują każdą jej ilość. Jeżeli coś było tu pewne, to że piach pochłonie wszystko, każdą kroplę osocza wyrwaną z rozpruwanego ciała, w którym jeszcze bije serce.

Następny przeciwnik

Tym razem oponent naszego wojownika był niewiarygodnie wielkich rozmiarów. Można powiedzieć, że tak wysocy ludzie nie powinni istnieć, bo to wbrew wszelkim prawom i logice. Jednak Rursus istniał i właśnie przecinał powietrze swoim potężnym mieczem, który co prawda nie trafił w swój cel, ale za to z impetem wylądował na podłożu areny, tym samym unosząc pełno piachu w powietrze. Na chwilę widoczność drastycznie się pogorszyła, co utrudniało Tempusowi wykonywanie uników przed szarżującym ostrzem. Rursus atakował bez opamiętania, zupełnie jakby nie zamierzał oszczędzać sił, bo… być może uważał, że nie będzie mu to potrzebne, jeżeli natychmiast zniszczy swojego przeciwnika? Tempus kontynuował swój taniec uników, od czasu do czasu próbując wyprowadzić jakiś atak skierowany przeciwko kolosowi. Niestety, olbrzym wydawał się być nie do pokonania…

– Aaaaa! – przeraźliwie wykrzyczał Tempus, zaraz po tym jak został rozpołowiony mieczem Rursusa. Tym razem piaski wchłonęły jego krew.

Rursus uniósł ręce w geście zwycięstwa. Tłumy szalały z zachwytu. Tempus leżał przecięty w pół i wydał z siebie ostatnie tchnienie.

***

Gladiator zacisnął dłoń na mieczu. Zacisnął zęby. Lekko zmrużył oczy. Jego serce zamiast przyspieszyć… lekko spowolniło swój rytm. Tempus był gotowy i skupiony. Miał wrażenie, ze nie robi tego po raz pierwszy, jednak nie miał czasu na przemyślenia i odwracanie uwagi od swojego celu. To cel był najważniejszy, tylko to się liczyło… musiał zabić Rursura, kolosa, który uchodził za niemożliwego do pokonania. Wbrew temu co można by pomyśleć, jego rozmiary wcale go nie spowalniały… olbrzym był zaskakująco szybki i wytrzymały. Mógł wymachiwać swoim mieczem przez niezwykle długi okres, w oczekiwaniu na pierwszy błąd swojej ofiary… źle wykonany unik to pewna śmierć. Nie ma taryfy ulgowej.

Tempus walczył zaciekle, unikał wszystkich ataków Rursusa, jednak to wszystko trwało zbyt długo… gladiator się niecierpliwił, chciał zranić oponenta, przecież ktoś musi zakończyć to szaleństwo. Niepotrzebnie przerwał swój taniec uników i mimo braku odpowiedniego momentu, ruszył naprzód, wprost na olbrzyma. Zaczął atakować jego nogi, myśląc, że może go tym spowolnić, zranić, zniechęcić do wyjątkowo agresywnej postawy. Chwilę po tym wnętrzności Tempusa leżały na piaskach areny. Rursus celebrował swoje zwycięstwo, a tłumy wiwatowały.

***

Unik, ucieczka o parę metrów do tyłu, ponowny unik i chwila na zaobserwowanie kolejnego ataku. Tempus wiedział, że zna swojego przeciwnika… mimo, iż walczył z nim po raz pierwszy, czuł jakby robił to od dawna. Miał wrażenie, że spędził z Rursusem więcej czasu, niż… właściwie to nie był pewien, czy kiedykolwiek miał jakąś rodzinę, przyjaciół, albo chociaż niesympatycznego sąsiada. To głupie, ale Tempus miał wrażenie, że ta arena była wszystkim co znał… była jego całym życiem i nigdy nie miał okazji skosztować czegoś innego. Przez chwilę się zamyślił, jednak szybko się ocknął, wiedział, że to nienajlepsza pora na rozmyślanie o życiu. W samą porę, ponieważ parę sekund zwłoki mogło go kosztować życie.

Czasem Tempus miał wrażenie, że ktoś nad nim czuwa. To nie kwestia religijności… nasz bohater nienawidził bogów za los, na jaki go skazali… można powiedzieć, że miał z nimi na pieńku. Jednak wciąż wierzył, czuł… że ktoś ma wpływ na jego życie. Dobry duch pomagał mu wyprowadzać ciosy, wykonywać uniki, skupić się wtedy, kiedy było to najbardziej potrzebne. Tempus był porzucony przez bogów, jednak jakaś tajemnicza siła zajęła ich miejsce i pomagała mu w życiu.

Potężny cios zamienił ciało Tempusa w mnóstwo malutkich fragmentów. Jego pot i krew zostały wchłonięte przez piaski, a jedyną rzeczą, która się ostała, były jego porozrzucane wnętrzności i elementy wyposażenia.

***

Czasem gladiator zastanawiał się, czy poza granicami areny istnieje coś więcej? Czy czarne niebo znajdujące się nad jego głową, było miejscem bytowania bogów, czy też… granicą między jego światem, a tym, z którego pochodziła przyjacielska siła, pomagająca mu w unikaniu ciosów kolosa? Tempus nie wiedział, ale tak naprawdę to nie było teraz najważniejsze, jako że musiał wykonać natychmiastowy skok, który uchroni go przed śmiercią. Pojedynek trwał już dość długo, a wojownik z jakiegoś powodu czuł, że nie powinien jeszcze atakować. Po prostu unikał ataków Rursusa i cierpliwie czekał.

W końcu stało się to, co mogło uchodzić za niemożliwe… kolos z przemęczenia padł na kolana i zaczął ciężko dyszeć. Tempus wiedział, że nadeszła chwila na którą ciężko sobie zapracował. Ruszył w kierunku olbrzyma, wdrapał się na jego plecy, a następnie wbił ostrze miecza prosto w jego kark. Gladiator zdecydowanie przekręcił ostrzem, po czym je wyjął. Rursus padł w bezruchu. Tłumy oszalały z zachwytu. Tempus stojący na plecach kolosa uniósł miecz w geście zwycięstwa. Czuł, że zbliża się koniec.

Tym spektakularnym zwycięstwem gladiator wywalczył sobie wolność. Udał się do swojego domostwa na wsi, gdzie przywitał żonę i dzieci. Wcześniej Tempus nie był w stanie przypomnieć sobie, czy posiada jakąkolwiek rodzinę, albo czy istnieje jakikolwiek świat poza murami areny, jednak teraz wszystko stało się dla niego jasne, oczywiste… miał rodzinę na wsi i chciał spędzić z nią resztę czasu, jaki mu pozostał. Tempus czuł, że powinien być wdzięczny jakiemuś bóstwu, ale wiedział, że nikt go wcześniej w żaden sposób nie opisał…

***

– Przemek! Chodź na obiad!

– Już idę, mamo! – mały Przemek odsunął krzesło, odszedł od komputera i udał się na posiłek w postaci ziemniaków z kotletem.

Kiedy mama zapytała Przemka co robił przez cały dzień, ten odparł, że przechodził grę o gladiatorze. Skończył ją akurat przed obiadem, tylko zakończenie było słabe.

Złudzenie wolności

Tempus postawił przed swoim domem kamienny pomnik z wyrytym napisem: „Player1”. To był najszczęśliwszy dzień w jego życiu. Cieszył się, że mógł oddać hołd bóstwu, które pomogło mu wygrać te wszystkie walki i powrócić do domu.