THE POE CYCLE

Published on: Sierpień 31, 2017

Filled Under: Rozrywka, Top

Views: 258

Tags: ,

Rok 1960. Wielka Brytania przesycona potworami wszelkiej maści: Frankenstein, Dracula, Mumia. Wkrótce dołączyć do nich ma również Narzeczona Draculi. Brytyjskie kino grozy spod szyldu wytwórni Hammer kwitnie. Zupełnie inaczej sprawa ma się w Ameryce… Po rewolucji kina klasy B z lat 50 nie ma już śladu. Człowiek, który się nieprawdopodobnie zmniejsza całkowicie zniknął a Potwór powrócił do Czarnej Laguny. Nie zapowiadało się to dobrze, dopóki na horyzoncie nie pojawił się Roger Corman wraz z American International Pictures.

Każdy sympatyk kina grozy kojarzy produkcje Hammera z Wielkiej Brytanii czy też dzieła Mario Bavy z Włoch, ale nie każdy zdaje sobie sprawę, że dokładnie w tym samym czasie pewien ambitny amerykański reżyser tworzył w studio swoje własne naznaczone gotyckim znamieniem horrory, tak samo okazałe jak te Hammera i równie niepokojące jak te Bavy. Kiedy zakończył swój cykl, nie nakręcił żadnego horroru przez następne 25 lat. Tym człowiekiem był właśnie Roger Corman, znany z powodu swej filmowej płodności (podaje się, że wyprodukował 385 filmów, z czego nakręcił 55), także jako pionier kina niezależnego, swego czasu okrzyknięty mianem The Pope of Pop Cinema. Przez długi czas pracował dla wytwórni AIP Jamesa Nicholsona i Samuela Z. Arkoffa, która wypuszczała całe legiony niskobudżetowych produkcji.

Wracając jednak do roku 1960, sytuacja tak Cormana, jak i całej wytwórni, nie rysowała się wcale tak kolorowo, jakby się mogło wydawać. Problem stanowiły głównie sukcesy jakie odnosiła brytyjska wytwórnia filmowa (Hammer) wraz ze swoimi znakomitymi produkcjami, które przyćmiewały nawet najlepsze filmy Cormana w latach jego świetności. Nikogo nie zdziwi zatem fakt, że sam Corman chciał stworzyć coś ambitniejszego, coś co pozwoliłoby mu rozwinąć się artystycznie a sama wytwórnia oczekiwała od niego w końcu produkcji z której byłby jakiś zysk. Hammer opanował rynek ekranizacjami opowieści Mary ShelleyBrama Stokera, mimo tego, że wcześniej musiał negocjować z Universal, żeby pozyskać do nich prawa. Nie zmienia to jednak faktu, że mistrz makabry wciąż był do wzięcia i w ten sposób pojawił się pomysł na zekranizowanie powieści pana Edgara Allana Poe.

ZAGŁADA DOMU USHERÓW

house-of-usher

Pierwotnym zamysłem nie było wcale tworzenie cyklu ośmiu filmów. To, co chciał uzyskać Corman, to ekranizacja opowiadania pt. Zagłada domu Usherów, do czego udało mu się przekonać producentów. Budżet również odgrywał tu znaczącą rolę, bowiem jeśli AIP miało konkurować z Hammerem to oczywiście potrzebowało więcej pieniędzy. Strzałem w dziesiątkę okazał się pomysł Cormana by zamiast dwóch czarnobiałych produkcji kręconych w dziesięć dni, nakręcić jedną w kolorze i przeznaczyć na to piętnaście dni wraz z łącznym budżetem, który w pierwszym wypadku pokryłby koszty stworzenia dwóch obrazów. Mamy zatem tylko jeden film do sprzedaży, ale ma to być największy, najbardziej wystawny film jaki kiedykolwiek studio wyprodukowało. Nie wszyscy podeszli jednak do pomysłu adaptacji opowiadania z entuzjazmem. ,,Gdzie jest POTWÓR?”, pytali wciąż producenci. „Dom jest potworem, odpowiadał z przekonaniem Corman. Aby urzeczywistnić swoje słowa, umieścił w scenariuszu wers: „the house lives, the house breathes. Z wysokim budżetem, Corman i jego załoga, mogli być rozrzutni jak nigdy. Sam obraz jest wynikiem współpracy grupy niezwykle kreatywnych ludzi – mamy tu Cormana jako reżysera i producenta, Richarda Mathesona w roli scenarzysty, Floyd Crosby pojawia się jako operator kamery a Les Baxter dostaje zaszczytną rolę kompozytora. Nie mogło oczywiście zabraknąć „twarzy” serii, czyli Vincenta Price’a. Warto jednak wspomnieć, że tylko Corman pracował nad wszystkimi ośmioma częściami cyklu. Niemniej jednak większość załogi przyczyniła się do ugruntowania pozycji całej serii w klasyce kina grozy.

house-of-usher-zdjecie

Corman zaczął od Zagłady domu Usherów nie bez powodu. Sam wielokrotnie podkreślał, że było to jego pierwsze przeczytane opowiadanie wyjęte spod pióra mistrza makabry i to ono sprawiło, że w tej chwili poszedł w tym kierunku. Praca nad filmem szła wyjątkowo dobrze, swoje zasługi w jego tworzeniu miał także Daniel Haller, dyrektor artystyczny. Dzięki jego pomocy możemy dzisiaj oglądać wszystkie te pompatyczne scenerie. Wraz ze swoimi skrzypiącymi schodami przyprawiającymi o dreszcze, dom Usherów jest jednym z największych osiągnięć kina lat 60, imponującym także ze względu na wykorzystanie przez twórców pewnych jego elementów w późniejszych częściach. Jeśli dobrze wytężymy wzrok, dostrzeżemy niewielkie podobieństwa w każdym z filmów, ale nie jest to zbyt istotne. Tutaj to rezydencja Ushera jest bohaterem. Naprawdę żyje, naprawdę oddycha i jest nawet w stanie zdominować bohaterów, niepokojąc ich i stopniowo pochłaniając.

To, co nietypowe dla gotyckiego kina grozy to fakt, że Zagłada domu Usherów jest wręcz przesycona kolorami i nie jest to tylko krwista czerwień czy smolista czerń. Film naszpikowany jest głębokim fioletem, kwitnącą zielenią, niezwykle intensywnym błękitem czy magnetyzującym oranżem, które przeważają na ekranie. To intensywne barwy dyktują nastrój i kontrolują poczynania bohaterów, kusząc ich i prowadząc ku ich strasznemu przeznaczeniu. To, co Poe był swego czasu w stanie uczynić ze słowami, Corman i Crosby uczynili z wizualizacją, rezultaty robią naprawdę duże wrażenie. Film ugruntował styl całego cyklu a jak widać jest to styl niezwykle barwny, okazały, panoramiczny z zachwycającymi kostiumami i dekoracjami, które służą tu nie tylko do wyeksponowania nastroju, ale także do uwypuklenia tego co niecodzienne, inne. Zgodnie z zasadą Cormana, wszystkie sceny kręcone były w studio, nawet zdjęcia plenerowe.

STUDNIA I WAHADŁO

the-pit-and-the-pendulum

Jako, że pierwsza produkcja okazała się hitem, szybko zaczęto prace nad kolejną. Tym razem twórcy pod swój warsztat wzięli krótkie opowiadanie pod tytułem Studnia i wahadło. Scenarzysta miał przed sobą nie lada wyzwanie, aby odpowiednio ubarwić fabułę, na którą składało się zaledwie kilka stron oryginalnego tekstu. Ostatecznie zdecydowano się na historię mającą swoje miejsce w mrocznej, XVI-wiecznej Hiszpanii, do której przybywa angielski szlachcic (w tej roli John Kerry) aby odwiedzić zamek swojego szwagra, Nicolasa Mediny (Vincent Price) i dowiedzieć się nieco na temat nagłej śmierci swojej siostry, Elizabeth (Barbara Steele). Jakby się można tego było spodziewać, dostaje wiele wymijających odpowiedzi, ale to czego udaje mu się dowiedzieć, mrozi krew w żyłach. Jego siostra najprawdopodobniej dosłownie umarła ze strachu. Posuwając się z fabułą dalej, dowiadujemy się od siostry Nicolasa, że ich ojciec w dzieciństwie torturował ich za pomocą osławionych narzędzi hiszpańskiej inkwizycji. Z czasem okazuje się również, że zamek nawiedzony jest przez ducha zmarłej (a może wcale nie zmarłej?) Elizabeth. Co następuje później, Nicolas popada w obłęd i wycofuje się do lochów, gdzie ukryte jest tytułowe narzędzie tortur. W drugiej części cyklu próżno szukać nam gotyckiego romansu, mamy tu raczej gotyk sam w sobie. Obraz jest miejscami wręcz wampiryczny. Mamy nawiedzony zamek, udręczonego bohatera, grzebanie żywcem i tytułowe narzędzie tortur. Czego chcieć więcej?

PRZEDWCZESNY POGRZEB

The-Premature-Burial

Sukces dwóch poprzednich części utorował drogę do trzeciej ekranizacji. Obraz o znamiennym tytule Przedwczesny pogrzeb przedstawia historię mężczyzny opętanego obsesyjnym, wręcz irracjonalnym strachem przed byciem pogrzebanym żywcem. Jego strach pogłębia się z momentem, w którym odkrywa on, że w trumnie ekshumowanego przez jego ojca mężczyzny, widnieją ślady skrobania. Bohater spędza tygodnie, ba!, miesiące na próbach stworzenia dla siebie idealnej trumny, w której ryzyko braku możliwości otworzenia jej od wewnątrz będzie jak najmniejsze.  Nieszczęśliwie dla niego, szczęśliwie dla nas, jego żona robi wszystko, aby jego strach stał się rzeczywistością.

Trzecia część cyklu jest dość nieschematyczna, po części dlatego, że w roli głównej nie widzimy już Vincenta Price’a, tylko Raya Millarda (laureata Oscara, swoją drogą). Po części także dlatego, że sam Corman chciał działać na początku niezależnie, żeby dalej rozwijać swoje nowe zainteresowania. Dostał dofinansowanie od Pathe Lab z Paryża i właśnie wtedy zaczął ambitnie pracę nad nową produkcją. Jakież było jego zdziwienie, kiedy pojawiając się na planie zobaczył Arkoffa i Nicholsona. Okazało się bowiem, że AIP wykupiło prawa do filmu od Pathe, więc Corman nadal był ich pracownikiem. Inną sprawą jest brak Mathesona w roli scenarzysty. Tutaj fabułę oprawiał Charles Beaumont. Opowieść Poego zostaje tu zdemontowana wręcz do minimum i koncentruje się głównie na zawikłanym umyśle głównego bohatera. Mamy tu typowe dla horrorów dodatki, typu mgła, sceneria rodem z epoki wiktoriańskiej czy przydymione światło, ale mamy również ponury dramat jednostki. Poddając umysł głównego bohatera analizie, Corman sprawia, że film wydaje się nam jeszcze bardziej realistyczny a co za tym idzie przerażający. W pewnym stopniu zamieniono dręczącą prozę Poego na znak złowrogiej paranoi i psychologicznego terroru. Jest to świetny przykład na to, jak dwóch artystów, pochodzących z zupełnie innych epok, potrafi ze sobą współpracować i stworzyć coś tak upiornego, przedstawiającego kruchość ludzkiego życia i słabość człowieka.

OPOWIEŚCI NIESAMOWITE

tales-of-terror-poster

W 1962 roku mogliśmy liczyć na coś nieco bardziej nowatorskiego, mam tu na myśli Opowieści niesamowite. To już czwarta część cyklu, ale to, czym się wyróżnia to forma. Jest to zlepek trzech opowieści, istna antologia, znana jako tzw. portmanteau film, czyli film, który zawiera w sobie dwie lub więcej historii, połączonych ze sobą na zasadzie właśnie takiej walizki (ang. portmanteau – walizka, kuferek). Historie te dobierane były według jednego klucza, w tym przypadku kluczem jest rzecz jasna Poe. Początek sekwencji prezentuje krótkie opowiadanie pt. Morella. Co tu mamy? Oczywiście Vincenta Price’a w roli samotnego ojca, którego córka, Lenora, została wysłana do internatu. Z kolei jego ukochana żona, Morella, zmarła przy porodzie a jej duch od tamtej pory szuka zemsty. To, co mrozi krew w żyłach to fakt, że bohater trzymał jej gnijące zwłoki w swoim pokoju przez te wszystkie lata.

Następnie mamy część na którą składają się dwie opowiastki: Czarny kot Beczka Amontillado. Na ekranie pojawia się Peter Lorre w roli alkoholika i męża znacznie młodszej od siebie, niezwykle pięknej kobiety. To, co go w pewien sposób charakteryzuje, to nienawiść do kota swojej żony. Fabuła ma się tak, że pewnej nocy trafia on przez przypadek na konkurs w degustacji win, gdzie poznaje przemądrzałego znawcę win, Fortunato (w tej roli Vincent Price, rzecz jasna) i wyzywa go na pojedynek. Bohater upija się a nowo poznany znajomy eskortuje go do domu i tym samym poznaje jego żonę. Czas mija a żona bohatera i Fortunato zakochują się w sobie, co nie podoba się głównemu bohaterowi, który w końcu chowa ich żywcem, wraz z kotem. Jest to część bardziej komediowa niż wyjęta z kina grozy.

Powrót do właściwego sobie horroru następuje wraz z pojawieniem się części trzeciej a mianowicie Prawdziwy opis wypadku z panem Waldemarem. W roli głównej znowu Vincent Price, tym razem wcielając się w postać umierającego z powodu ciężkiej choroby tytułowego bohatera. Zatrudnia on hipnotyzera (w tej roli Basil Rathbone), aby ulżyć swojej duszy w cierpieniu. Niestety, hipnotyzer okazuje się złowrogim sadystą, który zsyła duszę bohatera w otchłań, tak, że krąży ona między światem żywych i umarłych. Na nic błagania Waldemara o uwolnienie. Ciało gnije, dusza cierpi a okrutny hipnotyzer zmusza żonę bohatera do poślubienia go. No i nie zgadniecie, duch Waldemara powstaje. Sam pomysł antologii filmowej jest właściwie tylko zaspokojeniem potrzeb finansowych wytwórni, nie ma tu tego nadzwyczajnego „klimatu” obecnego w poprzednich częściach.

KRUK

raven

Rzecz miała się zmienić wraz z nakręceniem piątego już filmu, który sam w sobie stanowił jedynie symboliczne nawiązanie do wiersza o tym samym tytule wyjętego spod pióra Poego. Tak, mowa o Kruku. Sama w sobie fabuła odbiega jednak od oryginału i oscyluje wokół magików w czasach XV wieku. Mamy tu dr Cravena, iluzjonistę opłakującego swoją zmarłą żonę (znowu ten sam motyw), rozmawiającego z tytułowym krukiem, który okazuje się być czarodziejem, dr Bedlo, zamienionym przez złego dr Scarabusa (w tej roli świetny Boris Karloff). Mamy tu magię i to dosłownie. Ciekawostkę stanowi fakt, że mamy tu także w obsadzie Jacka Nicholsona (wciela się on w postać syna Bedlo). Nie jest to typowe kino grozy, o nie. Corman obrał tu nieco inną taktykę, zamiast osadzić swoją historię w gotyckim zamku i przesycić ją tym obezwładniającym, wywołującym ciarki na plecach klimatem, postanowił osadzić ją w dwóch gotyckich zamkach, ale na zasadzie nieco zwariowanej, pociesznej komedii. Mamy tu aż trzy gwiazdy kina grozy, w zaskakująco dobrej formie, zważywszy na wiek jednego z nich (Karloff – 76). Co prawda, aktorzy tutaj stanowią raczej pewną osobliwość zamiast postaci siejących grozę dookoła, ale całość ogląda się bardzo przyjemnie. Sam Price rzadko kiedy miał okazję do grania tak bardzo uszczęśliwiających wszystkich na siłę postaci. Jego bohater jest tak życzliwy, że aż nie sposób nie zauważyć różnicy. Dobry, zabawny film – Vincent Price, Peter Lorre, Boris Karloff, Jack Nicholson – no dalej, czego chcieć więcej?

NAWIEDZONY PAŁAC

the-haunted-palace

To, co zostało stworzone nieco później, czyli Nawiedzony pałac, nie ma tak naprawdę poza tytułem, nic wspólnego z twórczością Poego. W rzeczywistości była to próba zekranizowania powieści Lovecrafta, pt. Przypadek Charlesa Dextera Warda. Co ciekawe, była to też pierwsza adaptacja twórczości Lovecrafta, jeśli chodzi o kino. Tytułowy bohater to nikt inny jak potomek Josepha Curwena (mamy tu Price’a w podwójnej roli, zarówno tytułowego bohatera jak i jego przodka), czarnoksiężnika, który został wypędzony i zabity przez członków lokalnej społeczności. Któż by nie był zszokowany takim pochodzeniem? Sam Charles dowiedział się o tym w momencie przejęcia w spadku pałacu Curwena 110 lat później. A zło Curwena nie umarło… i tym samym poczciwy Ward wkrótce zostaje opętany przez ducha złego czarnoksiężnika. No, ale pamiętajmy: tylko jedna dusza może przetrwać.

nawiedzony-palac-zdjecie

Corman nakręcił ten film w tak wypłowiałej kolorystyce jak tylko to było możliwe, z masą dymu wszędzie i obrazem w tonacjach szarości. Bardzo chciał wyróżnić ten film na tle barwnych produkcji inspirowanych Poe. Nawet Price zdaje się rozkoszować tą innością, samą możliwością grania prawdziwie czarnego charakteru. Bez wątpienia, ten film stoi  poza szeregiem, nie tylko ze względu na temat, ale także nastrój, klimat a to dlatego, że nikt tak nie tworzy grozy jak sam Lovecraft. Obraz jest znacznie ciemniejszy, bardziej złowieszczy, wszystko jest zgaszone i przytłumione. Zupełnie inaczej wyglądało to u Poego, gdzie zazwyczaj protagonista jest mocnym charakterem, swego rodzaju światłem w ponurych realiach. Tutaj jest wręcz przeciwnie, Charles Ward jest postacią o słabej woli, nieco nierozsądną, niepotrafiącą odnaleźć się w rzeczywistości, zresztą społeczność lokalna wcale nie jest lepsza – łatwo ją zmanipulować i jest skłonna do paniki. To dość częsty zabieg u Lovecrafta. Kreuje on wątłe postaci, u których w końcu niemoc przeważa i prowadzi, niestety, do szaleństwa. Cały obraz pozbawiony jest jakiejkolwiek nadziei, wszystko i wszyscy zmierzają ku nieuchronnemu upadkowi. Nie ma tu miejsca na happy end. To horror w swojej wyśmienitej formie, tutaj to zło triumfuje.

MASKA CZERWONEGO MORU

masque-of-red-death

Żadna z części cyklu nie była nigdy wierną ekranizacją, zatem studenci literatury, którzy szukają wstępu do twórczości mistrza makabry, powinni je traktować jako ostatnią deskę ratunku. Wierność fabuły nie trzymała się Cormana w żadnym z ośmiu filmów, natomiast to, co trzeba mu oddać to zachowanie nastroju typowego dla twórczości Poego. Obecna jest przecież zawsze delikatna symbolika, swoisty psychologiczny terror. To, co Corman dodał od siebie to senny subiektywizm, który pozwolił załodze filmowej nieco zaszaleć.

Niemniej jednak, chyba najbardziej wierną adaptacją była ekranizacja Maski Czerwonego Moru, w której wykorzystano scenerię i bohaterów do eksploracji mrocznych granic świadomości, oryginalnie przedstawionych przez Poego we własnej osobie.

Corman bardzo starał się wyeksponować każdy ze swoich filmów. Ten akurat został nakręcony w Anglii i robiony był bardziej pod kątem kina europejskiego, więc mamy tu pewne podobieństwo do twórczości chociażby Felliniego czy Bergmana (Siódma pięczęć). Załoga oczywiście w większym lub mniejszym stopniu na przestrzeni tych paru lat ulegała zmianom i tak tutaj w roli operatora mamy Nicholasa Roega. Sama fabuła jest dość upiorna – Price wciela się w postać włoskiego satanisty, który jest jednocześnie władcą królestwa. Jest to jeden z tych typów ludzi, którzy ze względu na swoją zachłanność i pychę kompletnie nie dbają o to co się dzieje z ich podwładnymi. A dzieje się wiele, bo w wiosce panuje tajemnicza „czerwona śmierć”. Choroba, która powoduje, że naczynia krwionośne danej osoby dosłownie eksplodują. Samą postać graną przez Price’a poznajemy w momencie, gdy zamierza dokonać egzekucji dwóch mężczyzn, ale przerywa mu w tym pewna młoda dama, której udaje się go oczarować (swoją drogą jest to córka jednego z mężczyzn a narzeczona drugiego). Władca umieszcza ich w lochach zamku (stanowi on pewnego rodzaju symbol wysiłku człowieka, który za wszelką cenę chce uniknąć śmierci), w którym w międzyczasie odbywa się huczne przyjęcie a właściwie pełna przepychu orgia sybarytów. Mało kto wie, że ktoś znacznie bardziej złowrogi od samego władcy, prawdopodobnie pochodzący nie z tego świata, uważnie obserwuje jego nieludzkie poczynania.

W samym obrazie widoczna jest swego rodzaju dychotomia – cnota kontra grzech, zło kontra dobro. Zostało to jednak stworzone na takiej zasadzie, że owe dwudzielności zostają przedstawiane przez znamienne symbole, np. dym, lustra, które mają też na celu rozpraszać uwagę widza i kierować ją na inny tor, zupełnie odbiegający od pierwotnego tematu przewodniego filmu. Te symbole, które właściwie wydają nam się w trakcie oglądania dość istotne, tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia. Na końcu, tak czy inaczej, zarówno „zło” jak i „dobro” zostają zmiecione przez plagę tytułowej czerwonej śmierci, która ujawnia, że pozostawi przy życiu sześć przypadkowych osób. I śmierć nie dba tutaj czy ofiary będą zamożne czy biedne, czy będą miały dobre serce czy będą zdeprawowane, czy będą młode, czy stare, piękne czy brzydkie. Jak Maska Czerwonego Moru całkiem elegancko ilustruje: wszyscy wobec śmierci są równi.

orszak-smierci

Symbolika obrazu jest niezwykle bogata. Przesycenie intensywnymi kolorami samo w sobie narzuca pewne sugestie – czerwień jest tu najbardziej oczywista, także ze względu na tytuł. Symbolizuje ona śmierć i krew. Dlaczego nie czerń? Myślę, że powodem mogło być zbyt dobitne nawiązanie do panoszącej się plagi czarnej śmierci. Czerwień jest też znacznie bardziej intensywna i dramatyczna. Jako, że historia sama w sobie taka właśnie jest, wybór wydaje się być uzasadniony. Wisienką na torcie, jeśli chodzi o swego rodzaju sygnaturę kolorów w tej części, stanowi finalna scena. Mamy tu do czynienia z orszakiem śmierci, któremu przoduje tytułowa Czerwona Śmierć. Pozostałe kostuchy odziane są w różne kolory, reprezentujące poszczególne dawne choroby, plagi: czarny (dżuma), złoty (trąd), purpurowy (porfiria), niebieski (cholera), żółty (żółta febra), biały (gruźlica). Warto dodać, że sama „czerwona śmierć” nie jest żadną jednostką chorobową, została stworzona jedynie na potrzeby powieści, choć wielu upatruje się w niej podobieństwa do gruźlicy, która stała się przyczyną śmierci wielu bliskich sercu Poe. Film nie odniósł tak wielkiego sukcesu jak pozostałe części.

GROBOWIEC LIGEI

tomb-of-ligeia

Finalna produkcja, Grobowiec Ligei, wiązała się z odejściem większości załogi. Z oryginalnej kadry został tylko Corman i Price. W tym przypadku, Corman złamał swoją zasadę kręcenia filmów tylko w studio i zechciał w filmie wykorzystać urokliwe okolice w Anglii. Znalazł w tym celu stare ruiny zamku i zadbał o to, aby wszystkie sceny kręcić w możliwie jak największym słońcu. Historia opiera się oczywiście na postaci mężczyzny opłakującego śmierć swojej żony, tytułowej Ligei, która zmarła bardzo wcześnie i została pochowana, uwaga, w płytkim grobie z okienkiem, żeby widać było jej twarz. Dość upiorne, prawda? Sam bohater jest człowiekiem niezwykle chłodnym i trzymającym się na uboczu, tak samo jak zamek w którym mieszka. Wszystko się jednak zmienia, gdy poznaje młodą arystokratkę, w której się zakochuje i którą wkrótce poślubia. Po powrocie do zamku ich życie diametralnie się zmienia, bowiem mężczyzna popada w rozpacz i strach przed Ligeią. Obecność czarnego kota dodatkowo potęguje poczucie niepokoju i niemalże za każdym razem to ona sugeruje zmianę w zachowaniu bohatera. Wkrótce młoda żona zaczyna podejrzewać, że czarny kot wcale nie jest tylko kotem…

Jak wiadomo, czarne koty w horrorach występują przeważnie w roli wysłanników diabła, łączonych często z czarownicami, dość stereotypowo. Tutaj czarny kot symbolizuje zmarłą Ligeię i ciężko stwierdzić, czy jest to przesłanka zza grobu samej Ligei czy też wytwór obsesji Verdona.

tomb-of-ligeia-zdjecie

Z fabułą świetnie poradził sobie Robert Towne, scenarzysta (znany z Chinatown), który zaczął od pochówku tytułowej Ligei. Widzimy ją już w ramionach śmierci, ale przez wcześniej wspomnianą szybkę w trumnie. W przeciwieństwie do tego co miało miejsce w powieści, Ligei nigdy w filmie nie widzimy żywej.

W jej postać wciela się dość przekonująco Elizabeth Shepherd, która swoją drogą pojawia się na ekranie także w roli Lady Roweny. I tu wyrazy uznania, bo obie bohaterki nie przywodzą nam na myśl tej samej osoby. To, co w tym filmie jest eminentne to fakt, że Vincent Price w końcu ma szansę zagrać prawdziwie autentyczną postać. Jest w tym trochę dwudzielności: z jednej strony jego Verdon Fell jest ponurym mizantropem żyjącym z dala od ludzi, z drugiej zaś porywczym, samotnym mężczyzną próbującym wrócić do równowagi po śmierci swojej ukochanej. W przeciwieństwie do dwoistej natury postaci, które grał wcześniej w Studni i wahadleNawiedzonym pałacu, to Verdon Fell jawi się jako iście tragiczny bohater.

Mimo tego, iż film jest wizualnie zupełnie inny niż pozostałe części, wciąż sam w sobie jest klasykiem cyklu. Swoją drogą, to właśnie ten film jest przykładem jak świetnie daje sobie radę Corman z ukryciem faktu, że tak naprawdę w filmie aż do samego końca nic się nie dzieje. Żeby wypełnić czas, na ekranie pojawiają się ujęcia mknącego czarnego kota, postacie przechadzające się po mrocznym zamku, cienie… Sam film nie zarobił zbyt wiele, ale do dzisiaj stanowi inspirację dla innych twórców.

Poe nie tworzył powieści okraszonych dozą nadnaturalności. Próżno szukać tu wampirów, wilkołaków czy też zombie. Jeśli zmarli powracają do życia to tylko dlatego, że albo nie byli wcale martwi (jak w Zagładzie domu Usherów, Przedwczesnym pogrzebie) lub z powodu tzw. metempsychozy lub inaczej reinkarnacji (wędrówki dusz), no a to może być trochę „nadnaturalne”, choć raczej nie wspominane często w upiornych bajkach ludowych. Podejście samego Poe do tematu jest raczej niejednoznaczne. Lęk przed byciem pochowanym żywcem silnie odznaczał się w jego twórczości, co zostało wykorzystane przez załogę Cormana, praktycznie do cna.