Ukończyłem „The Legend of Zelda” 31 lat po premierze

Published on: Maj 7, 2017

Filled Under: Rozrywka

Views: 413

Tags:

Jest 2017 rok, a ja po raz pierwszy przeszedłem grę The Legend of Zelda (31 lat po jej premierze). Nie jestem ani fanem serii, ani nawet kimś kto grał w Nintendo Entertainment System lub Super Nintendo Entertainment System w czasach świetności tych konsol. Po prostu lubię gry i pomyślałem sobie, że fajnie byłoby poznać chociaż część z legendarnych klasyków, które mnie ominęły (albo które ja ominąłem, zależy jak na to spojrzeć).

Moje doświadczenie z klasycznymi tytułami na NES-a odbiega od standardów jakich doświadczali ludzie w latach 80-tych. Jeśli jesteś jedną z tych osób, a w dodatku przechodziłeś The Legend of Zelda jako dziecko, to najpierw chciałbym ci pogratulować, bo… nie wyobrażam sobie jak małe dzieci przechodziły takie tytuły bez pomocy pod postacią zapisywania stanów gry w dowolnym momencie, czy korzystania z internetowych poradników. Innymi słowy: this is madness!

take-this

Korzystałem ze współczesnych ułatwień

Sam fakt, że niezbędne do ukończenia gry lokacje są czasami bardzo dobrze ukryte i nigdzie nie ma choćby jednorazowej, wyraźnej informacji w stylu: udaj się tam i zrób to, żeby odnaleźć tajemne przejście, sprawia że wszystko staje się przesadnie nieprzystępne. Rozumiem, że tkwi w tym część zabawy, bo satysfakcja z samodzielnego odkrycia ukrytych lochów może być spora, ale… ja nie mam czasu ani nawet chęci do tego, aby przez pół dnia chodzić po fikcyjnej krainie i podpalać krzaczki w celu natknięcia się na ukryte przejście. Nie, nie, nie, to nie dla mnie, poproszę o internetowy poradnik wyraźnie wskazujący lokalizację takiego miejsca. Dziękuję.

W trakcie rozgrywki dodatkowo wspierałem się możliwością zapisywania stanu gry w dowolnym momencie. Gdyby nie to, po prostu nie starczyłoby mi cierpliwości do ukończenia całego tytułu. Wszystkie te ułatwienia sprawiły, że mogłem czerpać przyjemność z grania w ponad 30-letnią grę – w przeciwnym razie poziom trudności by mnie odstraszył. Z kolei stara grafika potrafi mieć swój urok nawet bez czynnika nostalgii (nie grałem na konsoli NES w dzieciństwie). To po prostu inny klimat, na który przestawiamy się w trakcie rozgrywki i naprawdę nie ma z tym żadnych problemów. Prosta 8-bitowa muzyczka również potrafi wpaść w ucho.

Zaciekawienie fabułą całej serii gier z uniwersum The Legend of Zelda

W tej części tekstu mogą pojawić się spoilery, dlatego przed nimi ostrzegam. Stara ośmiobitowa gra nie kładzie zbytniego nacisku na przedstawienie fabuły, jednak wiem, że cała doczekała się dość zaawansowanej historii, którą postanowiłem poznać (na pewno nie przejdę wszystkich kilkunastu, czy kilkudziesięciu gier ze świata Zeldy). Okazało się, że sprawa jest bardzo podobna do Metal Gear Solid, którego również nie jestem jakimś wielkim fanem. Co przez to rozumiem?

Chaotyczny tasiemiec fabularny

Gry pojawiały się w losowej kolejności pod względem wydarzeń z uniwersum fikcyjnego świata i w dodatku nigdy nie były łatwe w interpretacji. Działo się sporo, a ludzie musieli samodzielnie tworzyć coś takiego jak linia czasu, żeby móc zrozumieć faktyczną fabularną kolejność poszczególnych części gry. Nintendo wydało oficjalną linię czasu dopiero po 25 latach… była ona zawarta w tzw. Hyrule Historia. Okazało się, że legenda Zeldy to tak naprawdę trzy równoległe linie wydarzeń w czasoprzestrzeni i… całość jest nieźle zagmatwana. Jeśli o mnie chodzi, to wydaje mi się to „takie japońskie”. Nie wiem czemu, ale Japończycy często produkują gry z absurdalnie zagmatwaną fabułą, czego seria MGS jest najlepszym przykładem.

legend-of-zelda

Zelda mi się podoba

Być może ktoś odniósł wrażenie, że wszystko krytykuję? Wcale tak nie jest. Opowiadam tylko jak to wygląda z mojego punktu widzenia: człowieka, który nigdy nie grał w te wszystkie legendarne serie, przez co nie jest przyzwyczajony do chaotycznej, zagmatwanej fabuły tworzonej na przestrzeni dekad. Nie jestem również nauczony grać na takim poziomie trudności, jak to ma miejsce w przypadku gier na NES-a czy SNES-a, ale chętnie zapoznaję się z ich biblioteką gier, tyle że z ułatwieniami (niedawno ukończyłem jeszcze serię Ninja Gaiden na NES).

Moja ocena jest taka, że nikt nie nadaje legendarnego statusu jakimś grom zupełnie bez powodu. Jeżeli potrafię się dobrze bawić przy 30-letniej grze, to musi być po prostu dobra i nie zmienią tego nawet upływające lata. Myślę, że jeśli ktoś naprawdę lubi gry (tak jak ja), to czasem warto pograć w coś „starożytnego” i  przekonać się jak to kiedyś wyglądało, albo po prostu nadrobić różne zaległości, bo wciąż można się przy tym dobrze bawić.